Partnerzy
Programu

Radosne rodzicielstwo...

…czyli montessoriański przepis na mądrą i pełną satysfakcji współpracę z dziećmi

 

W dzisiejszych czasach wyjątkowo trudno jest być rodzicem. Z jednej strony oczekuje się od nas aktywności zawodowej i ukończenia szeregu kursów dokształcających, pracodawcy wiele wymagają w godzinach i po godzinach pracy. Z drugiej – kiedy zmęczeni wracamy do domu wieczorem i próbujemy się odprężyć przy lekturze czasopisma, czytamy o tym jak ważny jest czas jaki spędzamy z naszymi dziećmi, jak istotne dla konstrukcji psychicznej i charakteru dziecka są jego pierwsze lata życia, jak zdrowo i naturalnie ma ono się odżywiać… Zapewne wielu rodziców zna doskonale to uczucie rozdwojenia między koniecznością poświęcania czasu pracy zawodowej a dziecku oraz narastającej frustracji, że nie jesteśmy w stanie spełnić oczekiwań, jakie się nam stawia.

Opieka nad dziećmi przychodzi nam najłatwiej w początkach rodzicielstwa, gdy nasze pociechy są jeszcze małe – zazwyczaj dość sprawnie i szybko uczymy się „obsługi” naszych dzieci. I dotyczy to nie tylko kobiet, którym taką rolę wyznaczała dotąd kultura: dziś niejednokrotnie już po niespełna miesiącu mieszkania razem również tatusiowie potrafią zmienić pieluszki, przygotować mleko w butelce czy ułożyć maleństwo do snu. Kiedy dzieci dorastają, nasze myśli zaprzątnięte są przygotowywaniem posiłków (to przecież czas rozszerzania diety malucha…), śledzeniem nauki siadania, raczkowania, chodzenia… w pewnym momencie jednak stajemy oko w oko nie z niemowlęciem, ale myślącą, inteligentną osóbką, która niespodziewanie zaczyna się buntować („nie”), zadawać trudne pytania („a czemu?”), wyznaczać granice własności („to moje”), a nade wszystko żądać od nas spełnienia życzeń, których spełnić nie możemy, bądź nie chcemy. Mamy, bez względu na to, czy były aktywne zawodowo czy nie, wspominają ten okres jako wyjątkowo trudny: „był jeszcze za mały na przedszkole, a już wymagał aktywnego sposobu spędzania czasu”, „nie miałam pojęcia, czym go zainteresować, zwłaszcza w dni zimowe, kiedy padał śnieg i było zimno”, „był to bardzo ciężki etap, byłam z synkiem w domu, ale ani ja ani on nie czerpaliśmy z tego satysfakcji, najwyraźniej on potrzebował czegoś ode mnie, ale ja nie wiedziałam, czego”, „gdy padało, najzwyczajniej w świecie nudziliśmy się” – to bardzo częste wspomnienia mam z czasu, gdy ich dzieci ukończyły dwa lata życia. Dwulatki są niezwykle ciekawe świata, a swoje potrzeby ogłaszają nam często bezceremonialnie, w najmniej przewidywalny sposób, w mało przewidywalnych miejscach. Stajemy wówczas wobec nich bezsilni, nie rozumiejący, zastanawiając się w duchu, dlaczego dzieci nie rodzą się z instrukcją obsługi, przepisem na życie… Pedagogika Montessori takiego przepisu nie daje, oferuje natomiast przepis na „ciasto podstawowe”, który z pewnością może nam pomóc w postępowaniu z naszymi maluchami.

Punkt pierwszy przepisu brzmi…

Dziecko przychodzi na świat jako byt kompletny i kompetentny

W ujęciu montessoriańskim dziecko nie jest postrzegane jako tabula rasa, na której my, dorośli piszemy jego przyszłość. Wręcz przeciwnie: Maria Montessori wierzyła, że dzieci rodzą się już z określonym „planem rozwoju”, który zaczyna być wdrażany w życie już po naszych narodzinach (jeżeli nie wcześniej…). To od otoczenia dziecka zależy, ile z tego planu zostanie zrealizowane oraz w jaki sposób. Najnowsze badania nie zaprzeczają tym hipotezom, co więcej, potwierdzają je. Wiadomo już, że rodzimy się z zakodowanymi genetycznie skłonnościami do określonych postaw, których ujawnienie się zależy od elementów środowiska, w jakim dorastamy. A zatem – nie pozostaje nam jako rodzicom nic innego, jak zaakceptować fakt, że nasza córeczka jest nieśmiała i najprawdopodobniej nie zostanie prawnikiem. Jaka jest zatem rola nas, rodziców, w tym procesie dorastania naszych dzieci?
      Wyobraźmy sobie, że zaczynamy pracę w zupełnie dla nas nowej dziedzinie, a szef wiedząc o tym, traktuje nas jako niekompetentnego pracownika. Każde nasze potknięcie przyjmuje jako dowód na to, że nie potrafimy poradzić sobie z nową sytuacją. Kiedy robimy coś źle, natychmiast jest nam to pokazywane, kiedy robimy coś dobrze, czasem jesteśmy poklepywani po plecach… Uczymy się na ślepo, podążając za jedynym istniejącym drogowskazem – zadowoleniem szefa. Nie mamy pojęcia o co tu chodzi, ponieważ nieustannie w naszych wysiłkach jesteśmy skoncentrowani na odkryciu tego, co zadowala, a co nie naszego przełożonego. Automatycznie wykonujemy tylko te polecenia, które on zlecił, wczuwając się w naszą rolę tak, by spełnić jego oczekiwania. Pomimo naszego ogromnego wysiłku zostajemy zwolnieni po miesiącu. Argument: brak kreatywności.
      Teraz wyobraźmy sobie, że nasz szef wierzy, że jesteśmy właściwym człowiekiem na właściwym miejscu – widzi, że nie podołaliśmy pierwszemu naszemu zadaniu. Podchodzi do nas, mówi „widzę, że nie poradziłeś sobie z …. Najwyraźniej nie miałeś z tym jeszcze do czynienia. Skontaktuj się z panem X, on tym się zajmował w zeszłym roku” albo proponuje „w przyszłym miesiącu zaczyna się szkolenie z tym związane – może zapiszesz się na nie?” Po pół roku dostajesz podziękowania za wysiłek, rozwój oraz współpracę.
      Wierząc, że nasze dziecko jest bytem kompetentnym, który potrafi sobie poradzić w różnych sytuacjach,a jeśli tego nie robi, to najwyraźniej brakuje mu jakiejś umiejętności, postępujemy jak szef z drugiego przykładu – wykorzystujemy nasz wiek i doświadczenie, by wesprzeć nasze dziecko w jego działaniach. Nie kierujemy nim, nie wykonujemy rzeczy za niego i co najważniejsze – w pełni szanujemy jego osobę i umiejętności, dając mu okazję do wykorzystania swoich możliwości. Nie wymaga to od nas dużego wysiłku… jedyne czego musimy się my, rodzice, nauczyć jest…

Umiejętność obserwacji

„Nic prostszego” – powiemy – „przecież jestem z moim dzieckiem cały czas, obserwuję je przez większość czasu jaki spędzamy razem”. Zastanówmy się przez chwilę, jak na ogół przebiega nasz proces obserwowania: nasza pociecha (2 lata) postanowiła wspiąć się na drabinę. Ponieważ jest dość sprawna, szybko pokonuje kilka stopni… po czym zatrzymuje się w miejscu, wołając o pomoc. Jaka jest wówczas nasza reakcja? Ze słowami „gdzie ty wchodzisz, nie możesz tu się wspinać” (bądź bez słowa) zabieramy dziecko, nie zwracając uwagi na to, że jedyną rzeczą, do której nasz malec jeszcze nie doszedł jest fakt, że schodząc trzeba patrzeć na stopy, by zobaczyć, gdzie należy je stawiać przy schodzeniu. Nie przyglądnęliśmy się uważnie, zatem nie potrafimy powiedzieć dlaczego jeszcze nasze dziecko nie umie wchodzić na drabinę, stwierdzamy natomiast, że jeszcze nie umie. W skrajnych przypadkach zabraniamy dziecku podejmowania kolejnych próby wchodzenia. Wystarczyłoby jednak raz zapytać go przy schodzeniu, gdzie postawi teraz nóżkę, by malec sam wydedukował sobie na czym polega proces schodzenia. Albo po prostu – pomóc mu zejść i pozwolić na ponowną próbę. W zamian za to nasz dwulatek otrzymał dwie informacje: 1) nie umiem, jestem za mały oraz 2) moja mama jest ze mnie niezadowolona, a w skrajnych przypadkach 3) nie powinienem podejmować prób, gdyż moja mama jest wtedy niezadowolona (pamiętajmy, że dziecko spogląda na świat poprzez pryzmat swoich własnych doświadczeń – bardzo ubogi jest to pryzmat, gdy doświadczeń jest niewiele, a okazji do ich zdobywania mało). Zamiast wspierać nasze dzieci w ich wysiłkach, odcinamy je – fizycznie i psychicznie – od próby zdobycia nowej umiejętności. A zatem – nieświadomie my i nasze działania stają na przeszkodzie w rozwoju naszych dzieci. W kontakcie z dziećmi, większa jest potrzeba obserwacji niż ingerencji”, mówiła Maria Montessori. Szanujcie wszystkie racjonalne formy działania, w które angażuje się dziecko i spróbujcie je zrozumieć.

„Pomóż mi to zrobić samemu”

- usłyszała Maria Montessori pewnego dnia od jednego ze swoich wychowanków. Zrozumiała wówczas, że nie jest to prośba jednego dziecka, ale zwerbalizowany apel wszystkich dzieci do dorosłych. I uczyniła go mottem przewodnim działań dorosłych w ich kontaktach z dziećmi. W tej koncepcji dorosły jest przewodnikiem, mentorem dziecka na jego drodze do niezależności, nie wyręczającym go w podejmowanych czynnościach, lecz wspierającym niejako „z ukrycia” – na pierwszym planie akcji zawsze pozostawiając dziecko i przedmiot jego zainteresowań. Taka pomoc jest jednak możliwa wyłącznie wówczas, gdy wierzymy w kompetencje dziecka i potrafimy je obserwować przez ten pryzmat. Dlaczego?
      Wyobraźmy sobie, że jesteśmy u rodziców na obiedzie i zostaliśmy właśnie poczęstowani pysznym ciastem – prosimy mamę, by nauczyła nas, jak się je piecze. Jednak, podświadomie, mama kieruje się przekonaniem, że bogatsza w doświadczenie i wiedzę, robi to ciasto lepiej i sprawniej, a więc smaczniej i szybciej. Podczas przygotowywania słyszymy mnóstwo rad z jej strony, a większość pracy wykonuje ona za nas, każąc nam głównie słuchać, patrzeć i czasami dosypać łyżeczkę proszku do pieczenia. Piecze się smaczne ciasto wykonane nie naszą ręką, a my wysłuchujemy mnóstwa dobrych rad, z których połowę zapominamy jeszcze przed powrotem do domu.
      Wyobraźmy sobie teraz sytuację inną – mama wierzy, że damy sobie radę, jeśli tylko spróbujemy a upieczenie przez nas równie smacznego ciasta jest wyłącznie kwestią czasu. Daje nam składniki i wyjaśnia sposób przygotowywania, po czym daje nam wolną rękę – wycofuje się nadzorując jedynie pracę. Ciasto wychodzi nam może nie idealne, ale z pewnością to my jesteśmy animatorami każdego etapu produkcji. Kiedy o czymś zapomnimy i zapytamy – mama jest gotowa niczym sufler w kilku słowach naprowadzić nas na dobrą drogę – a my, po upieczeniu i spróbowaniu, wiemy, że następnym razem dodamy więcej cynamonu i mniej cukru. Z której sytuacji wychodzimy z umiejętnością pieczenia ciasta to pytanie czysto retoryczne.

      Dwulatek przysparzający rodzicom tak wielu „kłopotów” nie jest już niemowlęciem, którego zdolności rozwojowe są uzależnione od horyzontu widzenia w miejscu, w którym został położony przez mamę. Wyszedł już z okresu biernej obserwacji otoczenia - teraz może samodzielnie się poruszać i podejść do miejsc, które samo wybierze; może mówić, zadawać pytania i być zrozumianym. Na spacerach wyszedł już z wózka i maszeruje na równi z dorosłymi. A zatem - właśnie awansował na bardzo wysokie i odpowiedzialne stanowisko – z biernej istoty przekształcił się w aktywnego współuczestnika i badacza wszystkiego, co ma miejsce wokół niego. Dwulatek pojął już, że jest istotą odrębną od swojej mamy i nieustannie sprawdza na ile odrębną – gdzie jest tej odrębności granica. Skoro jest kimś innym, niż mama, to kim jest? Umiejętność odpowiadania na to pytanie jest naszą ewolucyjną zdobyczą, czymś, co wyróżnia nas w świecie zwierząt. Nie rodzimy się z nią jednak, a do niej dojrzewamy – stopniowo.

      W książce „The Essential Guide to Shaping Children’s Behaviour in the Early Years” autorka Lynn Cousins przedstawia kolejne etapy, przez które musimy przejść, zanim zaczniemy definiować siebie w kategoriach osoby odrębnej i niezależnej: 1) na początku to, kim jesteśmy, określamy poprzez związek z mamą – my i mama to jedno. Obserwując otoczenie oraz swoje ciało, krok po kroku odkrywamy istnienie i przynależność części naszego ciała, uzyskujemy kontrolę nad nimi, by ostatecznie stwierdzić, że 2) jesteśmy kimś innym niż mama, bytem odrębnym. W tym okresie definiujemy siebie i innych poprzez ciało – to ile kto ma rąk, palców, głów, jest wyznacznikiem tego, kim jest. Z pewnością nie jesteśmy rybami, bo ryby mają płetwy. Kiedy zaczynamy samodzielnie się poruszać, uczymy się 3) postrzegać ludzi przez pryzmat tego, co posiadają (tak więc wiaderko czy samochód na placu zabaw dla rocznego malucha przedstawiają zupełnie inną wartość, niż dla osoby dorosłej), aż wreszcie dochodzimy do kolejnego etapu – definiowania ludzi na podstawie tego, co potrafią.

      Osobiście bardzo lubię porównanie procesu wchodzenia naszych dwuletnich pociech w świat z sytuacją, w której bylibyśmy, gdybyśmy nagle znaleźli się na Marsie. Początkowo zapewne biernie przyglądalibyśmy się wszystkiemu, co się wokół nas dzieje, badalibyśmy możliwości naszego ciała w nowej atmosferze. Stopniowo, kiedy zaczęlibyśmy kontrolować ruchy naszego ciała w nowych warunkach, wyruszylibyśmy na badanie terenu – tak jak to robi roczne dziecko. Najlepiej wykorzystując do tego wszystkie nasze zmysły. Im lepiej rozumielibyśmy świat wokół nas i materiał, z jakiego jest zbudowany, tym intensywniej szukalibyśmy naszej do niego przynależności – utożsamiając siebie z innymi Marsjanami, z którymi przyszło nam zamieszkać. Im dłużej żylibyśmy z nimi, przyglądając się ich pracy, tym bardziej pragnęlibyśmy do nich dołączyć, by stanowić równie wartościowe jednostki społeczeństwa, by współuczestniczyć w życiu społecznym na tej planecie. Jedynym zadaniem, od wykonania którego zależałoby powodzenie naszych wysiłków byłoby…

Budowanie niezależności

Maria Montessori wielokrotnie podkreślała, że niezależność jest rezultatem sumy posiadanych umiejętności. A jedyną drogą prowadzącą do nich jest działanie. W działaniu natomiast praktyka ćwiczy mistrza. Jedynie rzeczywista praca i doświadczenie prowadzi młodego człowieka do dorosłości (M. Montessori, From childhood to adolescence).Podobnie jak nie można nauczyć się pieczenia ciasta wysłuchując wykładu, nie można być aktywnym członkiem społeczeństwa bez uprzedniego nabycia umiejętności niezbędnych do sprawnego w nim funkcjonowania. Nie można przeczytać o tym, jak się je łyżeczką, jeśli się tej łyżeczki nie weźmie do ręki. Dwulatek również – nie musi już tylko leżeć i obserwować. Może aktywnie nabywać nowych umiejętności – poprzez naśladowanie. Dla małego dziecka czynności takie jak mycie stołu czy ścieranie kurzu mają ogromne znaczenie. Dla dorosłego jest to tylko kolejny obowiązek. Dla dziecka – przepustka do prawdziwego świata, do niezależności, wstąpienia w szranki dorosłych i uczestnictwa w życiu społecznym na równi z mamą i tatą. Każda nowo zdobyta umiejętność możliwa do zastosowania w realnym społeczeństwie to kolejny krok do pełnego uczestnictwa w jego życiu, a w konsekwencji - do pewności siebie i postrzegania siebie jako osoby pełnoprawnej i wartościowej.

Prawdziwe życie - prawdziwa praca

      Jest to podejście, które wyróżnia pedagogikę Marii Montessori od pozostałych teorii na temat wychowywania dzieci. Dzieci – tak jak każda inna istota ludzka – chcą aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym. Pragną być pełnoprawnymi jego członkami, na równi z dorosłymi. To pragnienie jest wyjątkowo silne w drugim roku życia, kiedy dziecko – wreszcie! – może samodzielnie i aktywnie badać otoczenie, w którym żyje. A przecież nikt nie uważa za sukces stworzenie owoców swojej pracy, które są „na niby”. Każdy chce być ważny, każdy chce coś wnieść do tego świata.

      Montessoriańskie dzieci bawią się życiem – nie potrzebują plastykowych dzbanuszków, ponieważ dysponują prawdziwymi, dostosowanymi do swoich rąk. Nie muszą udawać, że zamiatają, ponieważ robią to przy każdej w sposób naturalny nadarzającej się okazji. Nie czekają na obiad, gdy są głodne, ponieważ albo pomagają w jego przygotowaniach dorosłym, albo, nie czekając, same organizują sobie niewielką przekąskę – na miarę swoich możliwości. Rodzinna praca w ujęciu Marii Montessori jest pierwszym, podstawowym i kluczowym fenomenem, przygotowującym dziecko do życia w społeczeństwie jako niezależnie myślący i odpowiedzialny człowiek. W ćwiczeniach codziennego życia obejmujących takie proste czynności domowe jak przelewanie soku, przesypywanie ryżu, czy nakrywanie do stołu dziecko pokonuje kolejne bariery swojego ciała i umysłu, uczy się kontroli ruchów, uspokaja umysł i praktykuje umiejętność koncentracji, jednym słowem - podąża ku niezależności. Krok po kroku, każdego dnia, dzieci uczą się żyć – tego jak się należy ubrać, przygotować śniadanie, zrobić zakupy, zadbać o domowe zwierzątko. Nie są biernymi obserwatorami, ale w pełni kompetentnymi uczestnikami życia. I podobnie jak mama czy tata – mają w domu pełne ręce roboty.

      Montessoriańskie dziecko nie czeka, aż mama znajdzie dla niego czas na zabawę: wie, że prowadzenie domu tak, by był on przystanią dla każdego jego członka jest ogromem pracy. I niczym perfekcyjna pani domu dba o każdy szczegół, wraz z towarzyszącym mu dorosłym. A ile przy tym jest pracy, wie chyba każdy z nas… Montessoriańskie dzieci uczą się również sprawnego funkcjonowania poza domem – u boku dorosłego uczą się widzieć świat potrzebujących i wychodzić z potrzebą do świata. Pomagają sąsiadce, widzą sens uczestniczenia w akcjach sprzątania świata, a na co dzień –chodzą po świecie poznając naturę rzeczy je otaczających. Dzieci nie potrzebują niezliczonej liczby (dziś zaryzykowałabym nawet stwierdzenie „ilości”) zabawek. Potrzebują zabawek mądrych, a zatem takich, które spełniałyby ich potrzeby, takie jak potrzeba niezależności. Maria Montessori dostrzegła, że mając do wyboru prawdziwą pracę i zabawę zabawkami nie odzwierciedlającymi rzeczywistości, dzieci zawsze wybierają to pierwsze. Prawdziwe życie, świat rosnący tuż „za płotem” jest dla dwulatka o wiele ciekawszy – zabawa nieprawdziwym doprowadzi go do nikąd, realnym – do kontroli ciała, wiedzy, niezależności, wolności. Światjest fascynującą niewiadomą, pod warunkiem przyzwolenia dorosłego na jego eksplorację oraz ukierunkowania jego zainteresowania na zjawiska tego świata – przecież trudno jest interesować się czymś, o istnieniu czego nie mamy pojęcia… Pojęcie to ma natomiast dorosły i z tego prostego faktu wynika ogromna jego rola i odpowiedzialność. Mądry rodzic umie dostrzec fenomen tak prostych elementów rzeczywistości jak, dla przykładu, nasiona, i wprowadzić je do codziennych zabaw, cieszy się z nadchodzących pór roku, bo to okazja do przeżycia czegoś nowego, pokazuje, pozwala dotknąć, zbadać, podpowiada, naprowadza, pobudza naturalną ciekawość świata u dziecka.

      Dlatego też dwulatek w koncepcji Montessori żyje nie sztucznym, a prawdziwym życiem – jedyne czego potrzebuje to…

Przygotowane otoczenie

      Nie ma innej możliwości nauczenia się, jak wygląda życie na Marsie, jak obserwacja i przyswajanie wiedzy o wszystkim, co nas otacza. Jednak proces uczenia się przebiega zupełnie odmiennie u dziecka i człowieka dorosłego. Podczas gdy my obserwując dokonujemy selekcji oraz kategoryzacji rzeczy, mały człowiek nie posiadł jeszcze tej umiejętności – niczym gąbka wchłania każdy element rzeczywistości. Kiedy umysł jest uległy i plastyczny jak bezmiar oceanu, chętnie, jak on, przybiera kształt swego otoczenia – pisał Hans Christian Andersen w „Baśni mojego życia”. Maria Montessori nazwała tą specyficzną właściwość „absorbującym umysłem”, tłumacząc: rozwijające się dziecko dopasowuje osobowość, jaką buduje do warunków otaczającego je świata. Dziecko ma inną relację z otoczeniem niż my; dorośli podziwiają je, zapamiętują i myślą o nim; dzieci je chłoną. To co widzą, nie jest jedynie zapamiętane: staje się to częścią jego duszy (Maria Montessori, Chłonny umysł). To, jak bardzo niebezpieczny bywa wpływ otoczenia na nasz rozwój, wie chyba każdy rodzic dorastającego nastolatka. Niewielu jednak dostrzega podobną zależność między zachowaniem naszych pociech a ich otoczeniem w pierwszych latach życia, kiedy większość czasu spędzają jeszcze w domu. Tymczasem w rozwoju człowieka pierwsze lata życia są kluczowe: każdy przedmiot znajdujący się w otoczeniu dwulatka ma ogromne znaczenie, każdy – zwłaszcza ten, do którego ma fizyczny dostęp – staje się źródłem informacji o świecie, przede wszystkim, o tym, jaki jest świat naprawdę. Zabraniając dzieciom dostępu do rzeczy prawdziwych a jednocześnie różnorodnych – dużych i małych, miękkich i twardych, szklanych i drewnianych, fabrykując sztuczne środowisko życia, nie tylko zubożamy świat naszego dziecka w imię jego dobra, ale niszczymy jego ciekawość (bo jak badać, skoro nie ma czego badać…) i opóźniamy jego rozwój – nie nauczy się dziecko uważnych ruchów, jeśli nie będzie miał kontaktu z przedmiotami kruchymi.

      Nasze prababcie często powtarzały „mądry człowiek wyjdzie tylko z mądrego domu”. Szczęśliwy jest ten, w którego domu rodzinnym dba się o to, by każdy jego członek czuł się jak u siebie, również ten najmniejszy. W takim domu kuchnia nie stanowi bariery nie do pokonania, a pomoc w niej nie tylko ma znaczenie, ale jest pożądana i doceniana. W łazience mały człowiek może zająć się zarówno sprawą własnej toalety bez pomocy dorosłego, jak i pomóc mamie w obowiązkach domowych. W pokoju gościnnym jest przestrzeń na wspólne rodzinne zabawy i nikt nigdy nie ma pretensji o pozostawioną w nim zabawkę, ponieważ i tu znajduje się dla niej kąt. W takim domu każdy członek rodziny szanuje i jest szanowany. Maria Montessori wielokrotnie podkreślała, że w domu najważniejsza jest atmosfera miłości i akceptacji. Dlatego też jest tu miejsce na wszystko i wszystko jest na swoim miejscu.

      Dom, który w pozytywny sposób wspiera swoich najmłodszym mieszkańców na ich drodze do dorosłości to dom nie tylko bezpieczny. W takim domu jest przestrzeń dla każdego – nikt tu nie czuje się wykluczony ze wspólnego życia, każdy wnosi do niego swoją cegiełkę. Jeśli wierzymy, że mały człowiek jest indywidualnością od pierwszego dnia, z jemu właściwym zestawem cech charakteru, wówczas i od niego możemy się czegoś nauczyć. Wymiana doświadczeń nie jest jednokierunkowa, każdy domownik jest cenny, każdy inny, każdy ma nam coś wartościowego do przekazania. Wystarczy tylko w tej małej istotce – naszym dwulatku – dostrzec człowieka, przyjąć go takim jaki jest do swojego światai otworzyć się na niego. Czy też – jak pisała Maria Montessori – podążać za nim. Z pewnością obie strony mogą na tym tylko zyskać.